Einstein, książki i ... obowiązki  

Posted by Inblanco in

No tak, nie było mnie. A gdzie byłam, jak mnie nie było? Niestety, ani to wycieczka na Hawaje czy lot w kosmos (choć pewnie za karę można by mnie tam wystrzelić;) - zwyczajnie i po prostu nie miałam czasu. Do tego zanosi się na to, że poprawa możliwa będzie dopiero... w lutym? Może trafi mi się parę dni wytchnienia, to postaram się tutaj pojawić. To jest ta wersja najpaskudniejsza.

Ta, powiedzmy bardziej różowa, zakłada, że mniej więcej od połowy grudnia będę już panią własnego czasu. Za to trzymam kciuki:)

Nie zaglądam ani na swojego bloga ani na Wasze, bo wiem, czym mi to grozi ;) Postanowiłam sobie, że gdy już się wszystko uspokoi pomalutku będę sobie czytała Wasze... archiwa:)
I wierzcie lub nie, ale tym się pocieszam i na to czekam.

Larssona przeczytałam, ale od tego czasu do listy dopisać mogę jedynie "Rozbite okno" Deavera (raczej nie zostanę wielbicielką tandemu Amelia/Lincoln). Doczytuję "Godzinę czarownic", która miewa swoje wzloty ale i upadki. Mój główny zarzut to maniera pisarki, pasująca chyba jedynie przy tworzeniu telenoweli. Za długie i często o niczym - ale czekam na wątki toczące się w Nowym Orleanie i chyba jedynie dlatego jeszcze nie rzuciłam tej powieści.

Słucham namiętnie "Narrenturm" - to nie typowy audiobook, to raczej teatr radiowy z całą plejadą aktorów, muzyką, odgłosami deszczu, palącego się ogniska... cudowna sprawa! Polecam gorąco. Nawet tym, którzy stronią od fantastyki, bo to raczej powieść historyczna z domieszką folkloru ludowego.

Gdyby nie natłok pracy, byłabym teraz we Wrocławiu na Festiwalu Kryminału :( Co prawda Mankell zrejterował ale i tak program jest niezwykle ciekawy: chciałabym choćby posłuchać, co ma do powiedzenia taka Leena Lehtolainen czy nasza rodzima Olga Tokarczuk. Albo zobaczyć i się przekonać, czy Jens Lapidus rzeczywiście jest taki przystojny, jak na fotce zamieszczonej w książce? (przy możliwościach Photoshopa może się przecież okazać pryszczatym, świńskim blondynem). Świetlicki, Wollny, Śliwiński, Grin... no żyć nie umierać.

Za to postawiłam się i wyrwałam na spotkanie z Małgorzatą Szejnert i Jerzym Illgiem. Och, było cudnie:)
Zwłaszcza Illg jest prawdziwym samograjem. Zarzuca mu się snobizm i "chwalipięctwo", ale pokażcie mi człowieka, który pisząc frazę, w której musi się zmieścić zestaw taki jak: "ja, Miłosz, Szymborska, spotkanie" nie sprowokuje do określonego odzewu. "Wow" to odzew z tych najbardziej lajtowych ;).
Szejnert z kolei jest... posągowa. Trudno mi ją opisać, ale ciesze się niezmiernie, że miałam możliwość posłuchania jej a z Illgiem pośmiania się na dokładkę. Fantastyczni ludzie.

A co Einstein ma z tym wszystkim wspólnego? Ano ma. Bo jak by mi było mało, władowałam się jeszcze w kolejny remont. Duży pokój ma już odświeżone ściany, nowe meble już stoją ale mój pokój wciąż jest "przed". Mam już farbę i tapetę (zamiar: trzy ściany w kolorze brudnego wrzosu, jedna wytapetowana na ciemny fiolet ze srebrnymi maziajami) ale nie mam pojęcia co zrobić z książkami? Gdzie je przetransportuję na czas remontu? I tutaj właśnie pan Einstein wchodzi na scenę. 700 woluminów to dużo czy mało? Dla czytelnika: mało, zdecydowanie za mało, ale już dla remontującego członka ekipy: w cholerę dużo!
Wypisz, wymaluj: relatywizm. Gdyby tak mi tłumaczono fizykę w szkole, wybrałabym inny kierunek studiów ;)

A na dokładkę: znalazłyśmy już suknię ślubną dla mojej siostry. Pokazałabym ją Wam, ale pan młody jeszcze jej nie widział, bo to niespodzianka, więc lepiej nie kusić losu:) Ale jest cudowna! Po przymierzeniu z 50 egzemplarzy, siostra była już mocna "zdenerwowana". Nie tym, że nie ma ładnych sukien. Są, i to od groma i trochę. Ale żadna nie była "tą jedyną". Z tych 50 odrzuciłyśmy jedynie z 10. Pozostałe 40 trafiały na listę: do zastanowienia się. Horror!
Aż w końcu... założyła kolejną i powiedziała, że tej już nie ściąga :) Pod koniec czerwca zasypię Was fotkami:) Sukienka kojarzy mi się ze stylem Audrey Hepburn. Piękna, ale niezwykle subtelna i wysmakowana.

I to na razie tyle. Wracam do kieratu, ale pamiętam O Was i postaram się odezwać, jak tylko będę miała czas. A potem... ja, książki i Wasze blogi. To też fraza, która nieodmiennie wywołuje u mnie jedyny możliwy odzew: Wow!!!

Ściskam gorąco, tęskniąca Inblanco

Mam, mam, mam!  

Posted by Inblanco in


Nie wiem jak Wy, ale ja już dokładnie wiem, co będę robiła przez kolejne 24 godziny.
Plan jest jeden i skrystalizował się po wizycie w Empiku, który ma już w sprzedaży 3 część Millenium Stiega Larrsona, czyli "Zamek z piasku, który runął"!



Za chwilę zacznę czytać: mam już przygotowane wiadro herbaty, dwie płyty ocieplające mroźne skandynawskie klimaty, czyli Raya Charlesa i jego "Genius loves company" oraz Elli Fitzgerald "Ella Fitzgerald Sings the George and Ira Gershwin Songbook".

Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze czekolady i paluszków z makiem, ale odpokutowuję wcale nie tak dawne łasuchowanie. Wiadro herbaty ma wystarczyć :(
Idę czytać, czytać, czytać...

Nie jeden, a dwa. Stosiki.  

Posted by Inblanco in

Ostatnio wzbogaciłam się o:

(ale nim zacznę wyliczać od razu uspokoję, to nie tylko efekt zakupów, bo bym zbankrutowała, niestety ;) W obu wieżyczkach są również i zbiory biblioteczne)


STOSIK NR 1

(można kliknąć)

1. Sylwia Chutnik "Kieszonkowy atlas kobiet"

2.Kazimierz Orłoś "Dziewczyna z ganku"

3. Ida Fink "Wiosna 1941"

4. Erri De Luca "Montedidio"

5. Bohdan Sławiński "Królowa Tiramisu"

6. Jacques Chessex "Wampir z Ropraz"

7. Catrin Collier "Ostatnie lato"

8. Michał Komar "Wtajemniczenia"

9. Martha Grimes "Pod Anodynowym Naszyjnikiem"

10. Anne Rice "Godzina Czarownic"


STOSIK NR 2


1. Ian McEwan "Amsterdam"

2. Ian McEwan "Pierwsza miłość, ostatnie posługi"

3. Ian McEwan "W pościeli"

4. Katharine McMahon "Róża Sewastopola"

5. Camilla Lackberg "Księżniczka z lodu"

6. Wojciech Jagielski "Nocni wędrowcy"

7. Kate Morton "Zapomniany ogród"

8. Christian Jungersen "Wyjątek"



Chyba nie da się ukryć, jaki autor ostatnio mną zawładnął?
A jesień może się wypchać P:)

"Zła krew" Grzegorz Gortat  

Posted by Inblanco in


Moja babcia miała pewne magiczne pudełko, którego pragnęłam nade wszystko. Czarne, z nadal widocznymi złotymi i czerwonymi wzorkami, pomimo że farba w wielu miejscach była już wytarta.
W zasadzie zwykła, blaszana puszka po herbacie - a dla mnie idealne miejsce na skarby.

Oczywiście przedmiot pożądania w końcu stał się moją własnością i biegałam z nim przez kilka dni, rozkoszując się dźwiękami, jakie wydawały toczące się w puszce zdobycze.
Najcenniejszy był eliksir - niewprawne oko wprawdzie mogło stwierdzić, że flakonik (pusta buteleczka po "perfumach" z ZSRR) jest pusty, ale ja wiedziałam swoje: gdy zajdzie potrzeba z buteleczki uda mi się wycisnąć ostatnią kroplę tego cennego daru. Kto wie? Może uratuję życie jakiemuś zbłąkanemu księciu? ;)
Do czarów mogło również posłużyć jojo, kupowane podczas odpustów: było kolorowe, owinięte w folię a za sznurek do pociągania służyła gumka. Fałszywe jojo, które zawsze psuło się w ten sam sposób: odrywała się gumka i zostawała mi do zabawy jedynie miękka piłeczka. Ale szeleściła i uwodziła barwami, więc była cenna.
Miałam tam jeszcze ułamany guzik z błękitnej masy perłowej, historyjki z gumy Donald (ależ one pachniały!), kredkę świecową w jedynym wówczas właściwym kolorze, czyli ... różowym:) Pewnie były i inne skarby, ale już ich nie pamiętam.

Dlaczego o tym piszę? Bo to niesamowite, jak bardzo zmienia się postrzeganie świata. Percepcja dziecka a dorosłego, to jakby dwie alternatywne rzeczywistości. I mam nieodparte wrażenie, że teraz przyszło mi żyć w znacznie uboższej wersji rzeczywistości.

A przypomniało mi się to wszystko, podczas lektury "Złej krwi"

Gortat w swojej książce narratorem uczynił małego chłopca, urodzonego w latach 50. ubiegłego wieku. Dorastał w okresie, kiedy pamięć o wojnie wciąż była żywa a socjalizm się panoszył i rozpychał. Straszne czasy, o których niby już wszystko napisano i nie można dodać nic nowego. Temat przez to pewnie i nudny, bo ileż można czytać o biedzie czy propagandzie w czasach Polski Ludowej? "Zła krew" nie jest książką przełomową, która by pokazała nieznany mi dotąd fragment tamtej rzeczywistości.

Nie, ale jest niezwykła, bo pokazała ów świat oczami małego chłopca, który codzienność PRL-u zamknął w magicznej, blaszanej puszce.

"Nadjeżdża tramwaj. Biegiem puszczamy się do przystanku. masa żelastwa, która w ciemnosci sunie ze zgrzytem prosto na nas, napawa mnie lękiem".
Ten "żelazny smok" dołączył do kolekcji Michała, młodego bohatera powieści. Jego zbiory bowiem to nie tylko kolorowe szkiełka udające rubiny, wykradzione w krwawej walce z rąk groźnych piratów, to także strachy i lęki, które zazwyczaj nie mają dostępu do świata dorosłych.
To również dziwy i cuda, nad którymi młody Michał nie może przejść obojętnie, bo i jak?
Wizyta prawdziwego Francuza z Francji, walka bokserska pomiędzy Polakiem a Murzynem z Brazylii, pokaz siłacza o ogromnej mocy - wszystko to grzechotało w metalowej puszce bohatera i nadawało niezwykłego szlifu prozaicznym przecież zdarzeniom.
Tęsknię za takim postrzeganiem rzeczywistości.

Ale świat, w którym przyszło dorastać bohaterowi nie zawsze pozwalał na ubarwianie go własną wyobraźnią. Nawet z tej dziecięcej perspektywy widoczne były absurdy i nieludzkość "socjalizmu z ludzką twarzą", nie zmniejszyła się siła nienawiści, którą tak wielu żywiło do ludzi niepasujących do owych czasów, do tych, którzy nie chcieli się dostosowywać.
Podobała mi się też odwaga autora w konsekwentnej kreacji głównego bohatera. Michał jest interesującym, ciekawym świata dzieckiem, ale bywa też okrutny i tchórzliwy.

Tytułowa zła krew to fatum ciążące nad bohaterem. Wychowywany przez matkę, bo rodzice się rozwiedli z powodu pijaństwa i ogólnej mierności ojca, wciąż się zastanawiał, kiedy do głosu dojdą cechy odziedziczone po nieobecnym rodzicielu. Nawet miłość do literatury była czymś podejrzanym, bo jego własny ojciec też uwielbiał czytać... Nie znaczy to jednak, że Michał wykorzystywał swoje "przeklęte dziedzictwo" do rozgrzeszenia i przyzwolenia. Nie, każdy zły czyn, każde niewłaściwe zachowanie było gorączkowo roztrząsane i analizowane: czy właśnie ostatecznie poddał się truciźnie czy wciąż ma szansę na odcięcie się od niej?

Ten sam problem autor umieścił na znacznie szerszej płaszczyźnie. Drugim narratorem, który na kilka chwil przejmuje opowieść od Michała, jest Żyd Johann Fajner:

Złej krwi nie można mieszać z dobrą. Jak człowiek coś takiego usłyszy, to z początku gotów pomyśleć: no, to wcale nie takie głupie. Dolej kubek zepsutego wina do stągwi dobrego, a całą stągiew zakwasisz. Ale wino to nie krew. No i ile trzeba by tej złej krwi, żeby zepsuła dobrą? Czy wystarczy kropla z palca? A może kubek? Albo dwa? Tego się nie da zmierzyć. Ale jak się zrobiło jeden krok, dlaczego nie zrobić następnego? Żeby mieć pewność, stuprocentową pewność, musimy wytoczyć całą złą krew, postanowili, niech nic nie zostanie, ja takiego sposobu myślenia nie rozumiem, ja nawet nie podejmuję się go wytłumaczyć, ja ci tylko słowo w słowo powtarzam. Nie potrafię wskazać w całej tej ideologii jednego punktu, wobec którego rozum by się nie buntował. A czy w takiej sprawie, py-tam, potrzebny byłby aż wybitny rozum? Skazać syna za winy ojca, bo niby w ich żyłach płynie ta sama krew — mądrze to tak? A co dopiero odnieść ten punkt widzenia do całego narodu?

Fajner po raz pierwszy doświadczył ostracyzmu w czasach młodości, bo nie chciał podporządkować się woli ojca i tak jak on spędzić całego życia na studiowaniu świętej księgi. Wybrał inną drogę: został pisarzem. Po wojnie, po powrocie do Łodzi, po raz kolejny spotyka się z odrzuceniem. Tym razem przez sąsiadów, którzy zawsze wskazują palcem na Żyda. No i nadchodzi rok 1968...

Mieszkańcy kamienicy Michała to zbiór rozmaitych i ciekawych person. Spostrzeżenia na ich temat, którymi dzieli się bohater bywają naprawdę zabawne. Właśnie dzięki tej wspomnianej już przeze mnie dziecięcej perspektywie, ludzie ci staja się mniej straszni w swoim ograniczeniu, pysze i zawiści. Ten zabieg naprawdę udał się autorowi, bo choć groza obecna jest prawie na każdej karcie tej książki, to jednak odpowiednio łagodzi ją Michał.

Czytelnik przecież i tak wie, co się wydarzyło w marcu 1968 roku, zna hasła, które głosiła ówczesna władza, jest świadomy ówczesnej reakcji społecznej.
To dzięki głównemu bohaterowi, który przytacza dialogi, nowomowa komunistów wydaje się śmieszna:
Ludzie sieją panikę, uspokajał towarzysz Policki. Nawet w socjalistycznym kraju trafiają się degeneraci. Niech komuś się nie wydaje, że władza ludowa i z takimi nie potrafi sobie poradzić. Natomiast seryjni mordercy, zaznaczył, zdarzają się wyłącznie na Zachodzie, stanowiąc dobitną ilustrację nawarstwiania się problemów społecznych w kapitalizmie, wypaczeń w gospodarce i sferze socjalnej, za którymi stoi odhumanizowany kapitał, to nieludzkie narzędzie odpowiedzialne za nierówny podział dóbr, ciemiężenie tamtejszej klasy pracującej.

Grzegorzowi Gortatowi udało się pokazać Polskę z przełomu lat 50 i 60, jako miejsce nie do końca złe i okropne. Nie uciekł od trudnej i brzydkiej prawdy o tamtych czasach; pisał o uwikłaniu się wielu przyzwoitych ludzi w układy i zależności, ale to były też czasy, kiedy to sąsiedzi spotykali się, by razem pooglądać telewizję, by porozmawiać, pewnie też i by się pochwalić nową meblościanką, ale czy to aż taki straszny grzech?
Napiętnowane zostały wydarzenia marcowe i nieprawdopodobne konsekwencje roku 1968. Autor nie miał złudzeń, nie unika jednoznacznej oceny takich i podobnych zachowań, ale pokazuje jednocześnie, że można z owych pogardzanych czasów wyłuskać kilka skarbów, by zamknąć je w blaszanej puszce.

To nie jest cukierkowy obraz świata, z krawędziami wygładzonymi przez idylliczne dzieciństwo, bo nawet owo magiczne pudełko w końcu okazuje się tylko starą, porysowaną i powgniataną puszką po herbacie...

Cytat z Gortata  

Posted by Inblanco in


Właśnie piszę notatkę o wrażeniach, których mi dostarczyła lektura książki Gortata pt. "Zła krew". Piszę i piszę i wyszło mi strasznie długie a to i tak jeszcze nie podzieliłam się wszystkimi refleksjami. Rozbijam więc wpis na dwa i teraz podaruję Wam jeden z najpiękniejszych fragmentów tej książki, przynajmniej wg mnie. Jest o miłości do książek i o początku pięknej przyjaźni z "Braćmi Karamazow". Narrator ma tutaj 11 - 12 lat?

To, co zaznaczyłam wytłuszczonym drukiem - ileż razy ja dokonywałam takich kalkulacji?
I założę się, że większośc z Was robila tak samo:) Święta Bozego Narodzenia zawsze pachniały piernikiem, pomarańczami, choinką ale i stosem książek, cierpliwie wybiernych w bibliotece.

Sawończuk wypożyczał mi książki bez słowa komentarza. Ani zachęcał, ani odradzał — ograniczał się do buchalterii. Kiedy położyłem przed nim na stole Braci Karamazow, z każdego tomu wyjął karty biblioteczne przepisał sygnatury na moją kartę czytelnika. Gotowe. Na Karamazowów trafiłem przypadkiem. Trzy grube tomy przyciągały uwagę. Zbliżało się Boże Narodzenie, trzy opasłe tomiska to w sumie ponad tysiąc stron tekstu, czytania na dwa tygodnie. Dostojewski? Nie znałem. „Historia pewnej rodzinki", przeczytałem na pierwszej stronie. Fiodor Pawłowicz Karamazow, przeczytałem, żenił się dwa razy, miał trzech synów, przeczytałem, byt typem nikczemnym i rozpustnym, hulał, pił i łajdaczył się, czytałem z rosnącym zainteresowaniem, kłamał, bałamucił i oszukiwał, obie żony doprowadził do śmierci, o wychowanie synów troszczył się tyle co nic, wreszcie spotkał go tragiczny i niewyjaśniony zgon. Niosłem Karamazowów na nasze poddasze, które mama w przypływie dobrego humoru nazywała mansardą, wdychałem zapach kleju i farby drukarskiej, czterech Karamazowów w trzech solidnych tomach wdrapywało się ze mną po wypaczonych schodach, w półmroku, trzymając się chwiejnej poręczy. Dostojewski — mistrz prozy psychologicznej, przeczytałem w szkolnej encyklopedii. Przeżył pełne sześćdziesiąt lat, był więc jednym z tych starych pisarzy, oświeconych starców, dla których poligonem doświadczalnym stało się własne życie.


Mam nadzieję, że choć na moment zapomnieliście o paskudnej aurze za oknem. Jeśli nie, to może dodam, że jakby nie patrzeć, święta Bożego Narodzenia już tuż, tuż... ;)
A "Zła krew" jest naprawdę dobra! Jutro opowiem o niej więcej.

"Intruz" Stephenie Meyer  

Posted by Inblanco in

Biblioteka miała tylko jeden egzemplarz tej książki a internetowy katalog uprzejmie pokazywał, że w kolejce zamawiających ustawiło się... 7 osób. Może to nie dziki tłum, ale pierwszy raz dane mi było zobaczyć na własne oczy taką cyfrę przy zamówieniach. Wcześniejszy rekord też należał do Meyer i jej "Zaćmienia" (5 osób).
Potem długo, długo nic i... na trzecim miejscu książka Pollacka "Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach" ale tutaj tłum ograniczył się do 3 osób ;)
I choć nie przebrnęłam przez I tom sławnego cyklu wampirzego, uznając, że Meyer kiepsko pisze i jeszcze bardziej kiepsko konstruuje bohaterów, niespodziewanie dla siebie poczułam się zaintrygowana "Intruzem".
Czy to ta lista oczekujących? Nie wiem. A może pogoda? Spadające ciśnienie? ;)))
(jakoś w Polsce wiele rzeczy zrzuca się na ciśnienie, zauważyliście? ;)

Gdy więc nadarzyła się okazja, by przeczytać tę powieść nie dałam się długo prosić. I wbrew obawom i z dużym zaskoczeniem powiem, że podobało mi się :) Nadal mam duże zastrzeżenia co do umiejętności Meyer, wciąż nie ciągnie mnie do poznawania historii Belli i Edwarda, ale "Intruz" okazał się przyjemnym wypełniaczem czasu.

To opowieść sf: nie ma tutaj jednak ani statków kosmicznych ani opisów nowych technologii. Jeśli musiałabym jakoś określić gatunek, do którego należy "Intruz" byłaby to fantastyka humanistyczna. Meyer zdecydowanie interesuje kondycja moralna współczesnego człowieka; to, jak bardzo jesteśmy winni zła wyrządzanego innym ludziom, sobie samym, planecie. Jej ocena jest miażdżąca, choć tli się też płomyczek nadziei, że Człowiek może nie jest całkowicie spisany na straty...

Pamiętacie "Piąty element" Bessona gdy bohaterka grana przez Millę Jovovich ogląda telewizję? I widzi wojny, głód, choroby, nienawiść? Była przerażona, zszokowana, przejęta. Podobnie reagują Obcy, którzy w powieści Meyer dokonali bezkrwawej inwazji na Ziemię, niejako "za karę".
Intruzi potrzebują do egzystowania ciała, potrzebują żywiciela, w którego się wcielają: dosłownie i w przenośni. Opanowując człowieka, poznają jego przeszłość, emocje, pragnienia i pomimo oburzenia przemocą, która wg obcych dominowała czy wręcz rządziła życiem na Ziemi, są zachwyceni doznaniami, które wiążą się z byciem człowiekiem.

Jednak nie każdy nosiciel pokornie się poddaje: i właśnie o takiej niesfornej nosicielce imieniem Melanie oraz zamieszkującej jej ciało i umysł obcej o imieniu Wagabunda jest to historia. Historia bardzo ciekawa i pomysłowa (choć z pewnością nie oryginalna, ale mi to nie przeszkadzało), jednak z powodzeniem mogłaby autorka ją skrócić o jakieś 200-300 stron. W pewnym momencie okazuje się bowiem, że nasza bohaterka po prostu przemieszcza się z jednego pomieszczenia do drugiego, po drodze natykając się na różnych ludzi, z czego niewiele wynika. I robi tak przez dłuuuugi czas, zbyt długi.

Poza tym argumentacja autorki nie bardzo trzyma się, za przeproszeniem, kupy. Wg niej Obcy to dobre, pozytywnie myślące istoty, w których nie ma za grosz złości i agresji - na tym buduje owe postaci i tak uzasadnia ich zachowania. Najmniejszy objaw przemocy wywołuje u nich ogromny wstrząs - no więc skoro tak, to jakim cudem "likwidują" rozumną rasę? Wiedząc, że ludzie oprócz nienawiści znają też inne silne uczucia: miłość, oddanie, wierność, zaufanie. Jednym słowem poznają możliwości człowieka i... nic. Nie ma wyrzutów sumienia, próby wycofania się z inwazji. Hmmm.

A co mi się podobało? Pomysł koegzystencji: Melanie i Wagabudny - ich wzajemne relacje, odkrywanie siebie nawzajem, uczenie się. Zwyczajnie byłam też ciekawa, jak to się wszystko zakończy? Czy miłość i dobro zatriumfuje*? Machałam ręką na nielogiczności w zachowaniu wspólnoty, która stworzyła coś na kształt pierwotnego plemienia i pomysłowo radziła sobie z przetrwaniem a do której dociera Wanda (czyli 2 w 1= Melanie + Wagabunda).

Strasznie chciałam wiedzieć, co się dalej wydarzy i to największa zaleta tej powieści.
Ma ciekawą fabułę, ale poza truizmami niewiele w niej znalazłam. Jednak jako wciągająca opowieść się broni i ja nie żałuję wcale ale to wcale, że ją przeczytałam :) (ale to pewnie wina spadającego ciśnienia;)))
Na jesienny ponury wieczór sprawdza się niczym pachnące wanilią krówki:)

* Czy forma zatryumfuje jest jeszcze stosowana? Czy to już przesadny archaizm? Ciekawe.

Paweł Huelle: melancholijny Człowiek Północy  

Posted by Inblanco in



źródło : Opolska Telewizja Internetowa

W zeszłym tygodniu wybrałam się na spotkanie autorskie, chcąc poznać autora rewelacyjnego "Weisera Dawidka" - powieści, którą zachwycałam się w czasie studiów. Huelle potrafi pięknie opowiadać: o sobie, literaturze, malarstwie, swoich marzeniach, wzlotach i upadkach.
Spotkanie, które prowadziła Dorota Różycka, rozpoczęło się od deklaracji pisarza, że silnie odczuwa przynależność do Północy. Jest, jak stwierdził, Człowiekiem Północy, który od pewnego czasu cierpi na głęboką melancholię, spowodowaną... marzeniem o Południu:). To konflikt, który jak obrazowo ujął Huelle, można oddać za pomocą dwóch filmowców: Bergman kontra Fellini. I już na wstępnie mnie tym kupił;)

Pierwszy raz byłam też na spotkaniu, podczas którego autor czytał swoje dzieła. Huelle "odegrał" z podziałem na role pokaźny fragment niepublikowanego dotąd opowiadania* i wyszło mu to fantastycznie! Mnie najbardziej podobał się moment, kiedy udawał rosyjskiego urzędnika z okresu carskiej Rosji: dudnił wówczas głębokim basem - nie stroniąc od nadawania głosowi cieńszej barwy, gdy wymagał tego tekst.

Otwarcie opowiadał o swoich mistrzach literackich, do których zalicza przede wszystkim: Nabokova, Manna, Hrabala. Jego utwory zresztą doskonale korespondują z tym zauroczeniem, bo wystarczy przywołać choćby "Castorpa" czy "Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala". Wg Huellego literatura to podejmowany wciąż na nowo dialog: z innymi rodzajami sztuki, z innymi autorami i ich dziełami. Nie ma racji bytu więc coś takiego jak dzieło oryginalne, bo w obecnych czasach wszystko jest już tylko wariacją na temat, który był przetwarzany wielokrotnie. Czy wobec tego współczesna literatura to tylko wtórność? Nie. Bo ów dialog, który od lat prowadzą ze sobą różni twórcy, może być niesamowicie ciekawy.
Historia literatury dla pisarza to nic innego jak... pudło rezonansowe.

Huelle przyznał się także, że jest niespełnionym malarzem. Gdy był nastolatkiem wziął kilka lekcji u profesora rysunku i usłyszał, że jest zupełnie pozbawiony talentu w tym zakresie. Postanowił więc zostać poetą, bo jak twierdzi, poezja jest niczym esencja istnienia - żadna proza nie potrafi oddać tego, co w kilku wersach świetny wiersz. Jednym z jego ulubionych poetów jest mieszkający w Opolu Tomasz Różycki, który również był na tym spotkaniu i na zakończenie miałam okazję usłyszeć kilka utworów obu tych literatów. Podobały mi się i to bardzo.

Ale Huelle to przede wszystkim prozaik, choć jak sam siebie definiuje: prozaik, któremu nie udało się zostać poetą.

Oczywiście mam autograf, ale zapomniałam aparatu. Byłam zła, bo oświetlenie tym razem było fantastyczne i mogłabym szaleć do woli i zaprezentować Wam Huellego en face, z lewego i prawego profilu a nawet z profilu perdu ;)))
(nie żeby był specjalnie piękny, bardziej chodziło by tutaj o moją niedawno odkrytą potrzebę "dokumentowania" wszystkiego;). Znalazłam jednak na you tube fragment tego spotkania, które rejestrowane było przez młodego człowieka reprezentującego Opolską Telewizję Internetową, o której to istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. A pomysł wydaje się świetny, więc trzymam za nich kciuki.

* opowiadanie ukaże się nakładem Znaku. Jak twierdzi Huelle zadzwoniono do niego z wydawnictwa z prośbą o napisanie opowiadania z... duszą, czym go bardzo zaskoczyli, i od razu zadał sobie pytanie, czy wobec tego inne jego utwory nie maja owej duszy? ;)
Znak wyda w grudniu zbiór opowiadań (z duszą!) polskich prozaików, w tym będzie i "Do kresu" Huellego, którego fragment miałam okazję usłyszeć. I o ile się nie mylę, będzie to ta książka.

A na zakończenie wiersz Huellego, w którym pojawia się nie kto inny, jak Tomasz Różycki:

Krasnogruda

Gdy schodziłem w dół, do jeziora, słyszałem

Dźwięk miedzianych trąbek i buczenie trzmiela.

Słońce. Słońce. A pod nim obłoki.

Sierpień. I była niedziela.

Dwór w zieleni pokrzyw.

Łopian. Lebioda. Pokrzyk belladonna.

Kościółek litewski. Droga bita żwirem.

Wioska starowierów. Wileńska madonna.

I brzmiały naraz różne głosy.

Kobiety. Dzieci. Mężczyźni. I księża.

Także Poeta z ganku czytał wiersz

O miłości, co wszystko zwycięża.

Przeklęte niech będą słowa – „popiół”. „zapomnienie”,

Tak jak „ nicość” i „pustka” – śpiewali chasydzi,

Wirując na klepisku. Jaśniała gwiazda Wenus.

Pachniało zboże. Wszyscy byli żywi.

Gdy wracałem szosą, do domu, widziałem

Nad łąką bociany i klucze żurawi.

Świerszcze. Świerszcze. Nad nimi obłoki.

Sierpień. I Mesjasz, który nikogo nie zbawi.